INFORMACJA !!!

zwracam sie do wszystkich którzy jeszcze tu zaglądają. Pracuje nad kilkoma rzeczami ale nie wiem kiedy bd gotowe. Stwierdzilam ze zaczne wstawiać kolejne rozdzialy moim opo tylko po tym jak kazde z nich zostanie w calosci poprawione. Wszystko co tu zostawilam nie daje mi spokoju i zrozumialam ze musze to skonczyc jezeli chce isc dalej z pisaniem. Pozdrawiam wszyskich i wszystkie informacje odnośnie mojej działalności,związanej z

 

pisaniem zamieszczane bd tutaj.

Opętani – Rozdział IX

Intensywny zapach pióra i atramentu roznosił się po sali lekcyjnej. Panował w niej przyjemny dla oka półmrok. Przy jednym ze stolików siedział czarnowłosy młodzieniec, który co chwila przygryzał dolną wargę i marszczył brwi intensywnie się nad czymś zastanawiając. Harry, tak jak i pozostali znajdujący się w pomieszczeniu uczniowie, pisał ostatni test jaki ich czekał po półrocznym kursie przygotowawczym. W czasie jego trwania uczyli ich posługiwać się wybraną bronią w jak najlepszym zakresie, odkrywali ich predyspozycje magiczne, jak również pomogli opanować legilimancję i oklumencję w jak najlepszym zakresie.

Potter, jak to on, miał największe problemy z magią umysłu ale w końcu udało i jemu się to opanować. Jako broń wybrał włócznie. Była średniej długości, smukła i z obu stron zakończona ostrzem. W razie potrzeby mogła się zmienić w dwa miecze. Harry zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, szczególnie, że pomagała mu posługiwać się jego magią. Mianowicie jego nowa moc polegała w dużej mierze na kontroli energii świata zewnętrznego. Swoją własną siłą zmuszał do posłuszeństwa moc, którą emituje każda żywa istota. Przemieniał ja w swoją własną energię, dzięki czemu mógł atakować przeciwników z satysfakcjonującym efektem. Kiedy Harry dowiedział się na czym to polega, dziękował za to wszystkim bóstwom jakie znał. Dzięki niej będzie miał jakieś szanse pokonania Voldemorta.

Natomiast jego relacje z nową rodzina pogłębiły się. Szczególnie jeżeli chodzi o jego relacje z Patrickiem. Odkąd skonsumowali swój „związek” napięcie seksualne między nimi znacząco opadło. Oczywiście codzienne pocałunki i spędzanie wieczorów w swoich ramionach było rutyną, lecz nie opierali się już wyłącznie na swojej cielesności. Dużo rozmawiali o tym co im się zdarzyło w życiu, o swoich planach na przyszłość i o swoich lękach. Stali się prawdziwymi przyjaciółmi. Harry wiedział, ze zawsze będzie mógł polegać na Pattym, i na odwrót. Reszta rodziny też była dla niego miła i ze wszystkimi żył w pozytywnej komitywie, nawet jeżeli nie za wiele ze sobą rozmawiali. Wyjątkiem była oczywiście Joan. Ta kobieta dogryzała mu przy każdej możliwej okazji i jawnie chciała go upokorzyć. Harry traktował to jako swoista szkołę życia i śmiał się z tej jej zaczepek w duchu. Niektóre zagrywki były jednak poniżej pasa i Patrick, lub Ed musieli zazwyczaj go wyprowadzać z pokoju żeby się uspokoił. Do takiego stanu doprowadzały go najczęściej słowa skierowane nie w niego, ale w jego ludzkich przyjaciół i rodziców. Samo ich wspominanie łączyło się z bólem, a słowa Joan nasączone jadem w jednej chwili potrafiły wyprowadzić go z równowagi.

Mimo wszystko polubił Rainów. Przede wszystkim był im wdzięczny za wsparcie, które mu okazali w tak trudnych dla niego chwilach. Teraz, po ponad sześciu miesiącach od przemiany mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że zaakceptował siebie, a nawet polubił, takiego jakim się stał. Dzięki temu mógł zakończyć edukacje, która pomoże mu zacząć funkcjonować jak na prawdziwego wampira przystało.

Kiedy dostanie zawiadomienie o zdaniu testu będzie miał prawo wyboru jak każdy kto postanowił współpracować z Bunkrem. Będzie mógł przystąpić do części administracyjnej, poszukiwawczej lub leczniczej. W zależności od rozwoju swoich umiejętności będą mu przydzielane misje, przez dowódce drużyny do której trafi. Administracja sprawdzała tropy nowych artefaktów, kontaktowała się z Ministerstwem Magii oraz kierowała pozostałymi dwoma grupami. Wykonywała też wiele innych prac które wiązały się z zacieraniem śladów po zbyt rozwiązłych krwiopijcach. Poszukiwacze, jak sama nazwa tej grupy wskazuje, szukali. Najczęściej było to sprawdzanie tropów, które znalazła administracja. Czasem zdarzała się pogoń za wampirem, który za bardzo się ujawniał, by przyprowadzić go do Bunkra i z powrotem nakierować go na odpowiednią drogę. Jak mówią; wolność wolnością, ale porządek musi być. Tysiące razy podczas szkolenia przypominali im o tym, by nie rzucać się w oczy NIKOMU. Ani ludziom ani czarodziejom, ani żadnemu innemu stworzeniu. Wampiry istnieją po to by trzymać się w cieniu i tam jest ich miejsce. Ostatnia grupa; lecznicza, działała jak szpital. Wampiry rzadko chorują,ale jak już to się zdarzyło, to były to bardzo poważne przypadki. Lekarze przydawali się jednak podczas bardziej niebezpiecznych poszukiwań, jak i podczas przemian. Czasem stare wampiry przyprowadzały człowieka i przemieniały go. Nie był to rodzaj łaski ani nic w tym rodzaju. Najczęściej polegało to na przedłużeniu nazwiska – większość z Dzieci Cienia to samotnicy. Mało kto zakład rodziny, a mimo wszystko zależało im na tym, aby w podziemiu nadal krążyła część ich.

Harry napisał odpowiedź na ostatnie pytanie, po czym odłożył pióro, cicho wstał i skinął wykładowcy wychodząc. Połowa z piszących już skończyła i opuściła sale. Potter szybkim krokiem przemierzał kamienne korytarze, oświetlone słabym światłem świec ze strych kandelabrów. Kiedy tylko wszedł do holu, czyli ogromnej okrągłej sali z mnóstwem kominków podłączonych do sieci Fiuu. Podszedł do jednego z nich i wrzucił garść proszku do ognia. Po chwili przenosił się już do domu, kręcąc w koło.

Jęknął głośno kiedy wylądował w kominku w salonie, cały brudny od sadzy.

- Gałgan! – zawołał w przestrzeń.

W następnej sekundzie obok niego pojawił się skrzat, który pokłonił się nisko.

- Oczyść mnie. – polecił Potter. Stworzenie pstryknęło palcami, i czarna szata Harry’ ego lśniła czystością. – Świetnie, dzięki… – mruknął cicho ruszając w stronę wejścia do sypialni. – Przygotuj mi kąpiel. – dorzucił jeszcze.

Po drodze do swojego pokoju nikogo nie spotkał. Nie zdziwiło go to jednak. Edith pewnie była w Bunkrze, na szkoleniu. Ona uczyła się w pełnym wymiarze godzin. Podobnie jak Patrick przechodziła dwuletni okres nauki, ponieważ jej rodzinę było na to stać. Harry przeszedł pobieżny kurs, ponieważ sam tak zdecydował. Nie potrzebował niczego więcej – reszty sam mógł się nauczyć. Patty, jak i Eric, Victoria oraz Joan, pracowali w Bunkrze. Natomiast Grace i matka Patty’ ego spędzały swój czas w zaciszu domu, rzadko się pokazując.

Potter wszedł o swojego pokoju i zamknął za sobą drzwi. Dużo się w nim  zmieniło od czasu kiedy obudził się tu sześć miesięcy temu. Na regałach, które zajmowały miejsce po obu stronach kominka stały książki oraz różne bibeloty, które znajdował podczas wycieczek na zakupy. Gdzie nie gdzie wisiały obrazy przedstawiające różne miejsca na świecie w różnych porach roku. Dwa fotele, które wcześniej zajmowały miejsce przed kominkiem, zmieniły się w dużą pokrytą miękkimi poduchami kanapę, która stała pod skosem do kominka i kilka puf. Harry pokusił się również o fotel bujany. Postawił go zaraz obok kominka. Każdy mebel był z innej parafii, a koce i poduszki, które porozrzucane były  w różnych miejscach pokoju, sprawiały, że wydawał się on bardzo przytulny. Harry spojrzał na buchający w kominku radosny ogień, i rozluźnił się. Może i rodzina mieszkająca w tym domu wzięła go pod swoje skrzydła i ten dom był też jego domem, ale to małe pomieszczenie było jego sanktuarium. Tylko tutaj odpoczywał, i przestawał zastanawiać się nad każdym kolejnym ruchem – nauczył się tego podczas szkolenia. Każdy wampir obserwował każdego. Był to praktycznie początek wspinaczki na wysoką drabinę szacunku, jaka rządziła tym światem.

- Kąpiel gotowa. – zaanonsował Gałgan, pojawiając się w drzwiach łazienki. Harry skinął głową i odprawił skrzata machnięciem ręki. Ruszył w stronę łazienki, by zmyć z siebie wszystkie trudy dzisiejszego dnia.

***

Kilka godzin później siedział w swoim ulubionym bujanym fotelu z nogami na pufie, okryty kocem, czytając kolejną książkę. Uwielbiał te ciche chwile, kiedy był sam i nikt mu nie przeszkadzał. Granatowy puchowy szlafrok i ciepła piżama – to było to co wystarczyło, by wywołać na twarzy Harry’ego uśmiech. Chociaż nigdy nie gardził dobrą porcją świeżej krwi dla rozluźnienia.

- Cześć. –Patrick jak zwykle wszedł do jego pokoju bez pukania. Podszedł do Harry’ego i pocałował go w policzek. – Ty już w pidżamie?

Chłopak tylko wzruszył ramionami. Patty usiadł wygonie na sofie i zaczął wpatrywać się w ogień tańczący w kominku. Potter spojrzał na niego kątem oka, z ledwo zauważalnym uśmiechem. Cieszył się, że ma go przy sobie… Patrick stał się prawdziwa ostoja dla Harry’ ego w tym nowym świecie. Filarem, który nigdy nie runie.

- Jak ci poszły egzaminy? – zagadnął po chwili, szarooki.

- Myślę, że dobrze… – odezwał się Potter cicho,  i wyrwany z zamyślenie drgnął. – Cieszę się, że to już koniec. Nie mogę się doczeka przydziału.

- Tak by chciał, że by trafił do mojej drużny! – jęknął Rain.

- Też bym chciał. – Harry uśmiechnął się szeroko i odłożył książkę na bok. – Jestem ciekaw, czy w pracy jesteś tak samo leniwy, jak w domu.

- Ja się nigdy nie lenię! – wykrzyknął chłopak, udając burzenie. – Jutro będą wyniki, co nie?

- Tak. Zaraz po śniadaniu.

Potter wstał i podszedł do łóżka, szybko wślizgując się pod kołdrę. Nawet się nie obejrzał, kiedy Patrick zrzucił spodnie i koszulę, po czym wskoczył obok Harry’ ego przytulając się do jego piersi.

- Ach! Masz zimne nogi! – pisnął zielonooki.

Patrick tylko zachichotał i mocniej wtulił się w przyjaciela. Czarnowłosy zaczął głaskać jego ramie, patrząc zamyślony w przestrzeń. Trwali tak w ciszy, każdy zatopiony we własnych myślach.

-  Zastanawiasz się czasem… nad… Czarnym Panem? – zapytał cicho Rain.

- Czasem… – Harry odezwał się dopiero po dłuższej chwili zaskoczony pytaniem. Westchnął w brązowe pachnące lasem włosy. Patrick musiał być na polowaniu zanim przyszedł do pokoju Harry’ ego

- Nasza rodzina poprze cie, wiesz o tym, prawda?

- Wiem…

- A ja wiem, że dasz rade go załatwić…

- Jeżeli chcę zostać ojcem chrzestnym twojego pierworodnego, to nie mam innego wyjścia. – wymruczał harry.

- I przypilnuję żebyś dopilnował słowa! – wykrzyknął Patty całując lekko Pottera w usta. Spojrzeli sobie w oczy. Harrry był ciekaw, czy szarooki, zobaczył ten okropny strach, który się w nim krył, na samą myśl o mordercy swoich rodziców. Patrick wydawał się za to smutny i szczęśliwy jednocześnie. Potter uwielbiał go również za to jaki był pełen sprzeczności. Przez to, że Rain tak często był rozdarty między obowiązkiem, a uczuciem. Harry od czasu do czasu widział w jego oczach to czego nie chciał dostrzec. Nie może pozwolić na to im obu, a jednocześnie tak bardzo potrzebowali siebie nawzajem. Harry zaczął głaskać Patricka po głowie. Ten zaś zacisnął usta i zmrużył oczy. Wyglądał jakby toczył walkę z samym sobą. – Wszystko będzie dobrze. – powiedział w końcu, tak jakby chciał przekonać samego siebie.

- Wierze ci… – wyszeptał Harry, przyciągając chłopaka do siebie.

***

Harry był zdenerwowany, chociaż mówił sobie wcześniej, że nie będzie się denerwować. Był ciekawy do jakiego oddziału go przydzielą. Wiedział już, że zostanie poszukiwaczem, ale to z jakimi ludźmi będzie pracował może znacząco wpłynąć na rozwój jego kariery. Poza tym, chciałby trafić na kogoś sympatycznego i przyjaźnie nastawionego. Wampiry zwykle nie okazują tego typu uczuć, i nie obnoszą się z nimi w stosunku do innych. Tutaj musiała odezwać się ludzka natura Harry’ ego. Kiedyś, przed przemianą, takie uczucia towarzyszyły mu praktycznie na co dzień. Będzie potrzebował dużo więcej czasu, by całkowicie dostosować się do tego nowego świata.

Po raz kolejny spojrzał na zegar, stojący na kominku. Jeszcze kilka minut i Gałgan powinien zjawić się z listem. Harry wysłał swojego skrzata po odpowiedź, choć teoretycznie sam mógł udać się do biura administracji. Nie miał jednak na to ochoty. Hermiona z pewnością natarłaby mu uszy, za takie nastawienie.

Za wspomnienie przyjaciółki spochmurniał, przystając na środku pokoju, po którym krążył do tej pory. Tak rzadko myślał teraz o swoich przyjaciołach. Czuł przez to wyrzuty sumienia – przecież tak wiele razem przeżyli. Teraz jednak nawet nie był pewien czy chce się z nimi jeszcze kiedykolwiek spotkać. To było dosyć smutne, po tylu wspólnych latach. Wspomnienia bladły, tak samo jak i uczucia, które wcześniej były tak silne. Pocieszał się jednak tym, że zastępuje je nowymi, równie wspaniałymi.

- Mój panie… – usłyszał obok siebie swojego skrzata. Już jakiś czas temu poprosił go, żeby pojawiał się cicho, bez zwykłego trzasku, który towarzyszył aportacji. Harry’ ego bardzo irytował ten donośny dźwięk.

- Dziękuję. – powiedział potrząsając lekko głową, by odgonić przygnębiające myśli. Wziął białą kwadratową kopertę, bez adresata ani nadawcy, jedynie z pieczęcią przedstawiającą kaligraficzna literę „B”  -   Możesz odejść.

Szybko ją otworzył i wyjął zawartość. Przeczytał treść i uśmiechnął się lekko. Może nie będzie tak źle.

***

- Dyrektorze, jest pan tego pewien? – profesor McGonagall, wydawała się naprawdę zaniepokojona.

- Nie widzę innego wyjścia z tej sytuacji, Minewro. – odpowiedział mężczyzna.

Znajdowali się właśnie w gabinecie Dumbledora. Staruszek głaskał swojego feniksa po lśniącym czerwonymi piórami łebku. Wicedyrektorka stała obok z zaniepokojoną, lecz staruszek wydawał się niewzruszony.

- Musi być inne wyjście! – wykrzyknęła zaaferowana.

- Może i jest, ale w ten sposób znów będę miał na oku naszego chłopca, Minewro… -mruknął profesor, a jego oczy prześlizgnęły się z ptaka na panią profesor. Zdawał sie subtelnie ganić McGonagall.

Promienie zachodzącego słońca zatańczyły w gabinecie, tworząc fantazyjne cienie, w środku. Twarz Minewry nieco złagodniała.

- Wiesz, Albusie, że Ministerstwo tak tego nie zostawi. – mówiła już spokojnie, wyraźnie akceptując decyzje przyjaciela. – Do tej pory udało ci się wyciszyć sytuację wokół Pottera. Nawet nie chce sobie wyobrażać jaka burza przejdzie w czarodziejskim świecie, po tym jak chłopiec wyjdzie z podziemia…

-Wiem o tym wszystkim. – odpowiedział wesoło Albus, a gdy spojrzał na swojego zastępce w jego oczach zatańczyły radosne iskierki. – Ale… moja droga… czymże by było nasze życie bez dreszczyku emocji?

- Zatem postanowieone – westchnęła zrezygnowana kobieta, opuszczając ramiona

- Tak. – dyrektor przeniósł wzrok na zachodzące słońce, które barwiło śnieg na hogwarcikich błoniach kolorami ognia. – Poprosimy Bunkier o ochronę Hogwartu.

~*~*~

Oto i on! Kolejny rozdział! Ja zawsze kończę, to co zaczęłam. Przepraszam za zwłokę. Nie będę tracić czasu na wymówki, bo po takim czasie byłoby to po prostu niedorzeczne…

Następną notkę postaram się dodać możliwie jak najszybciej. Sądzę, że będą to Tajemnice, ale nieczego nie będę obiecywać.

Nie przeczę, że komentarze przyspieszą moja pracę. Zachęcam Was więc do pozostawienia po sobie śladu. :lol:

No następnego!  ;-)

Informacja

Witam!

Chciałam przywitać się z wami po tak długim okresie ciszy. Przez ostatnie miesiące cierpiałam na permanentny brak weny i dlatego notki się nie pojawiały. Ostatnio jednak zaczęłam przeglądać stare komentarze i moja chęć do pisania wróciła. :) Dlatego możecie być pewni w w najbliższym czasie pojawi się coś nowego.

Wierzę, że nadal pragniecie czytać moją twórczość i liczę na wasze wsparcie w przyszłości.

Do zobaczenia (przeczytania) wkrótce!

Opętani – Rozdział VIII

Harry przysiadł na jednej z gałęzi rozłożystego dębu. Swój ogon owinął wokół niej, by utrzymać równowagę. Nadstawił uszu, by móc słyszeć najlżejsze dźwięki nocy i wciągnął głęboko powietrze, by wyczuć najdelikatniejsze zapachy.

Wampir był na polowaniu – swoim pierwszym. Szczerze mówiąc chłopak odrobinę się denerwował, kiedy Eric wytłumaczył mu, że ma się skupić na bodźcach i nie mieć litości – potem Rain po prostu zniknął w leśnej gęstwinie. Harry zrobił więc to co mu kazano. Nie było to specjalnie trudne biorąc pod uwagę, jak bardzo pragnął w tej chwili krwi.

Dopiero później okazało się, że strój jaki dostał naprawdę się przydał. Były to zwykłe czarne spodnie i tego samego koloru podkoszulek. Nie dostał jednak butów, ani niczego więcej. Później zrozumiał, że reszta ubrania była naprawdę nie potrzebna, ponieważ nie odczuwał zimna. Istotne było też to, że po przemianie (nastąpiła ona kiedy tylko usłyszał pierwsze przyspieszone bicie serca jakiegoś leśnego żyjątka) buty lub cokolwiek innego tylko by zawadzały.

Poruszył się lekko kiedy w dole zobaczył, niedźwiedzia ociężale maszerującego poprzez zarośla. Cicho i szybko zaczął zeskakiwać po gałęziach na sam dół , a kiedy już wylądował na ziemi warknął cicho, by zasygnalizowac swoją obecność olbrzymowi. Zwierzę odwróciło się i spoglądając na Harry’ ego swoimi mętnymi, brązowymi ślepiami wciągnęło głęboko powietrze przez nos. Nieoczekiwanie stanęło na tylnich łapach, jakby właśnie wyczuło zagrożenie i ryknęło rozdzierająco. Potter pochylił się do przodu pokazując bestii swoje ostre kły oraz szykując pazury do ataku. Niedźwiedź rzucił się na niego z głośnym sapnięciem, ale chłopak zgrabnie odskoczył i jednym susem znalazł się na jego grzbiecie. Dotykając miękkiej sierści jeszcze wyraźniej poczuł piękny kwiatowy zapach i usłyszał szybkie bcicie serca. Potwór się bał.

- Zginiesz. – wycharczał Potter  z przerażającą satysfakcją w głosie.

Bestia ponownie zaryczała i próbowała zrzucić z siebie wampira – próby te jednak był daremne. Chłopak mocno wbił pazuru w grzbiet niedźwiedzia, a przylgnąwszy do niego całym ciałem uniósł wysoko swój ogon. Przerażone zwierze rzuciło się do przodu w bezcelowej próbie ucieczki. Spod dłoni Harry’ ego wypływęły pojedyncze krople krwi, a on sam uśmiechał się leciutko. Ze szpiczastego końca jego ogona wysunął się przeźroczysty kolec. Wampir wamachnął nim kilka razy, a potem ze śmiechem wbił go w bok bestii. Niedźwiedź zaryczał najgłośniej jak do tej pory w nagłym porywie agonii. Potter wtulił się jeszcze bardziej w jego pachnące kwiatami futro i czekał. Zwierzę zaś wyło z bólu i przerażenia, wciąż jednak idąc do przodu. Marsz ten był coraz powoniejszy i coraz bardziej niepewny. Po niegługim czasie zwierze po prostu padło na miękki mech, nieruchomiejąc.

- Mowiłem, że zginiesz. – mruszał Harry podnosząc się do siadu, po czym zaczął oblizywac swoje palce ze szkarłatnej krwi. – Ale dzilnie walczyłeś misiu. Podziwiam cię. – wstał powoli na nogi i kucnął obok krótkiej niedźwiedziej szyi.- A teraz spije z ciebie te cudne kwiaty misiu. – szepnął cichuteńko zanurzając się w szkarłatnej łące cudów.

 

Czarnowłosy chłopak wyszedł z lasu, na ogromna przestrzeń, gdzie falująca trawa w świetle księżyca przywodziła na myśl morze. Przez chwilę napawał oczy pięknem tego widoku, jak i małego niebieskiego domku stojącego na środku, niczym zapomniana wysepka na oceanie. Na horyzoncie widać było wysokie i groźne niczym olbrzymy góry.

Potter uśmiechnął się lekko, po czym z nową energia ruszył w stronę swojego domu. Podróż zajęła kilka minut mimo dość sporej odległości, jaka go dzieliła od tego małego pałacyku. Z czasem jak zbliżał się do drzwi zwalniał, a ostatnie metry pokonał spacerkiem. Gdy miał już wchodzić do środka z wewnątrz wyszła Grace. Za nią stał Eric. Atmosfera momentalnie zgęstniała, a na widok miny staruszki Harry’ emu przeszły ciarki na plecach.

- Czy jestes jeszcze człowiekiem, Harry? – zapytała szeptem, jednak wyostrzony słuch Pottera bez problemu wychwycił ten dźwięk.

Chłopak zatrzymał się i w szoku spojrzał na kobietę. Co to za pytanie? Przecież to jasne, że…

Może jednak nie tak jasne. Kilka minut temu zabił wiekiego niedźwiedzia i wypił jego krew do ostatniej kropli. Nie sprawiło mu to wiąkszych trudności. Z rodziną Rainów mimo ekscentrycznej atmosfery czuł się o niebo lepiej niż kiedy przebwał u Weasleyów. A gdy myślał o tym, że zaatakował Rona… Wstrzasało go to bo rudzielec nadal był jego przyjacielem, ale… Był człowiekiem, a Harry…

- Już nie. – odpiwedział równie cicho jak Grace.

- W takim razie. – uśmiechnęła się lekko. – Zapraszamy do domu.

Harry przekroczył próg ze spokojem w duszy jakiego dawno nie czuł. Wiedział już gdzie jego miejsce, a tego szukał od bardzo dawna.

 

Potter zamruczał cichutko w swoją miękką pierzynę, budząc się powoli. Wciąż z zamkniętymi oczyma przypomniał sobie swój dosyć kosmaty sen. Był w nim Patric i… Było im… razem… bardzo dobrze.

Zachichotał w poduszkę, próbując odpędzić myśli o Pattym jak najdalej. Harry lubil go chyba znacznie bardziej niż powinno się lubić swego rodzaju kuzyna, a na pewno w nieco innym sensie.

Szczerze mówiąc zielonooki przyzwyczail się do mysli, że prawdopodobnie jest biseksualny. Może miało to związek z tym, że z każdym kolejnym dniem w domu Rainów jakby bardziej przyzwyczajał się do nowego ciała. Coraz mniej było widać Harry’ ego – człowieka, a coraz bardziej Harry’ ego – wampira. Czuł się z tym dobrze. W pełni akceptował siebie, swoje nowe przyzwyczajenia i natręctwa. Czasami myślał, że wampiryzm to jest ta moc dzieki której pokona Czarnego Pana – ale nie chciał o nim myśleć. Lord Voldemort był daleko i w tej chwili był jedyni ledwo widocznym cieniem na horyzoncie. Nie nawiedzial Pottera w snach, a on sam żadko o nim myślał. Może to dlatego, że jako wampir nie spotkał go jeszcze, przez co był jedynie wspomnieniem z dawnego zycia? Prawdopodone biorąc pod uwagę, że Harry prawie w ogóle nie myślał o dawnych ludzkich znajomych, za którymi kiedyś na pewno by tęsknił. Nie mógł jednak zlekceważyć tego Gada. Omijał go myślami, ale nie zmieniało to faktu, że do czasu roztrzygnięcia przepowiedni będzie musiał układac swoja przyszłość z myślą o swojej niedalekiej śmierci. Jednak teraz Harry chce po prostu odpocząć od wszystkiego co było kiedyś…

Może to i lepiej? Na jakiś czas odciąć się od smutku i cierpienia? Na zemste zawsze przydzie czas. A to z całą pewnością chciał zrobić – szczególnie jeżeli chodzi o Bellitrix. Harry poprzysiągł sobie, że to właśnie ona zostanie jego pierwsza ludzką ofiarą. Za Syriusza.

Potter czasem się zastanowiał co by Black powiedział, gdyby go zobaczył takim jakim jest… Co by powiedzieli jego rodzice… Coż raczej się tego nie gowie, chyba, że po śmierci.

Cieszył się jednak, że ma Rainów. Traktowali go jak jednego z nich. Każdy z nowej rodziny Pottera był inny i na swój sposób intrygujący.

Eric wydawał się luzakiem. Gościem, który niczym się nie przejmuje. Harry dowidział się, że mężczyzna pisze książki i wiersze, ale nikomu ich nigdy nie pokazywał.

Ariana była zimną i wyrachowaną kobietą. Można powiedzieć, że była jak dama z czasów, gdzie namiętności miedzy rodziną były gorsze od zdrady. Harry nie rozmawiał z nią zbyt dużo, ale lubił czasem posiedzieć z nią w absolutnej ciszy w bibliotece i przeczytać książkę, a to miesce było chyba jej sanktuarium. Przy Arianie można było poczuć się kimś ważnym , jako, że sama jej wyniosła postawa wzbudzała aurę dworu królewskiego. Edith zdradziła mu kiedyś, że to jej specjalna sztuczka, która ma na celu całkowite obezwładnienie i podporządkowanie sobie ofary. Podonbo wyćwiczyła ją sobie do takiego poziomu, że nie może stłumić jej całkowicie i stąd to dziwne uczucie podczas przebywania z panią Rain.

Joan była… Snapem w spódnicy. Tak nielubiła Harry’ ego, że mógł to wyczuć nawet leżąc w bezpiecznym łóżku w swoim pkoju. Zawsze gdy tylko go widziała syczała jakieś obraźliwe uwagi albo po prostu patrzyła z taką pogardą, że chłopak miał ochotę schować się pod stół. Nigdy jednak nie dał jej tej satysfakcji i nie odpowiedział na ani jedną zaczepkę. Chyba dzięki niej uczy się trzymać temperamen w ryzach. Coś czuł, że kiedyś jej za to podziekuję.

Grace to urocza babcia, miła, kochająca i podrzucające krwawe lizaki gdy Ariana nie patrzy. Harry wprost ją ubóstwiał. Była zabawna i szczerze mówiąc z nikim nie prowadził tak ostrych gier na riposty. Niestety spędzała z resztą rodziniy mało czasu – wpadała jedynie na posiłki i czasem wieczorem dziergała coś na drutach, przed kominkiem. Harry nie pytał, czemu tak jest. Nie chciał wiedzieć, a prawdę mówiąc czuł, że starsza pani już czuje swąd śmierci. Paskudne, ale taka jest kolej losu. Potter był ciekaw czy przekaże komuś Iskrę. Oczywiście byłoby mu żal po śmierci Grace, bo lubił ja i szanował, ale chyba nie rozpaczałby zbyt długo. To chyba wampirza natura nie pozwala patrzeć wstecz.

Victoria pokazywała się jeszcze rzadziej niż babcia Garce. Cały czas wykonywała jakieś zlecenia dla Bunkra. Sam chłopak nie mógł się doczekać podobnych zajęć. Większość wampirów należała do tej organizacji, ponieważ przynosiło to dużo zysków – pieniadze, podziw wśród pobratymców, i raz na jakiś czas ludzką krew, której nikt nie będzie szukać.

Edith była wesoła i rezolutna. Harry’ emu przypominała małą małpkę, która skacze z kąta w kąt wszystkim rozsyłając uśmiechy. Chłopak wiedział jednak, że dziewczyna ma też swoją ciemną stronę. Poznał ją na ostatnim ostatnim polowaniu. To maleństwo powaliło wielką pumę bez jednego draśniecia. Chłopak czuł, że ta śliczna pietnastolatka jeszcze nie raz go w życiu zaskoczy.

No i Patrick… Ten wampir był czymś, co Harry mógłby przykuć do łózka na całą wieczność. Miło się z nim rozmawiało i ogólnie był… był Patrickiem, a już samo to czyniło go w oczach Harry’ ego kogoś niezwykłego.

Nagle usłyszał pukanie do drzwi, ale za nim zdążył odpowiedzieć do pokoju prześliznął się aktualny obiekt jego rozmyślań.

- Hej. – szepnął, zamykając drzwi.

Chłoapk nie odpowiedział, tylko wygodniej ułożył się na poduszkach uśmiechając lekko. Patty na palcach przemknął do jego łóżka i bez zastanowienie wskoczył pod kołdrę. Potter pomyślał, że to raczej nie skończy się… zwyczajnie.

- Co tu robisz o tej porze?

- A co przeszkodziłem w czymś? – odpowiedział pytaniem na pytanie Rain, kładąc się na brzuchu i podpierając łokciami. Spojrzał na niego sugestywnie układając usta w dziubek.

- Nie. – ziewnął Harry, całkowicie zignorował tę zboczoą uwagę.

- Szkoda. – westchnął, szarooki. Podparł brode dłonią, po czym spojrzał na Harry’ ego spod opuszczonych powiek. – Mógłbym pomóc?

Potter stwierdził, że Patty w swojej obcisłej podkoszulce i z tą uwodzicielską miną wygląda jak ucieleśnienie rozpusty. Powstrzymał się jednak by na niego rzucić.

- a niby w czym? – Harry postanowił zgrywać idiotę. – W ziewaniu? Daj spokój. To jeszcze potrafię zrobić sam.

- Yhmmm… – mruknął cicho Patric przewracając się na plecy i wbijając spojrzenie przed siebie.

Trwali przez chwile w tej dziwnej ciszy, aż w końcu Harry postanowił wstać i zacząć się szykować do nastepnego dnia.

- Niedługo śniadanie. – zagaił.

- No.

- Nie uważasz, że czas wstawać?

Młady Rain niespodziewanie warknął rozeźlony, po czym szybko i zwinnie usiadł na biodrach Harry’ ego. Jego dłonie trzymał mocno po obu stronach jego głowy

- Idioto! – wrzasnął, chłopak obnarzając już lekko widoczne kły.

- Co… j-ja? – wyjąkał Harry, całkowicie zbity z tropu.

- TY! – krzyknął po raz kolejny, ale zaraz się opanował i zaczął goraczkowo szeptać. – Ty… Nawet nie zdajasz sobie sprawy jak mnie pociągasz… Odkąd się tu pojawiłeś, mam ochotę… O rany! – krzyknął wkurzony opadając na Pottera bezwładnie i wtulając twarz w zagłębienie jego szyi. – Jesteś irytujący.

- Czyli znamy się od niewiele ponad dwóch tygodni, a ty już masz ochote na ostry sex ze mną? – zapytał Harry, odrobine formalnym tonem. – Łał, szybki jesteś… – zaśmiel się cicho.

- Zamknij się! – zawołał na powrót rozeźlony. Podniusł się opierając dłonie po obu stronach głowy chłopaka. – Myślisz, że nie widzę  jak na mnie patrzysz? Odkąd tu jesteś czuje twoje gorące spojrzenia. – pochylił się lekko nad uchem chłopaka. – I czuje, jak z każdym dniem są coraz gorętsze… – kiedy polizal lekko jego ucho, a w Harrym coś pękło. Nie był już w stanie powstrzymywać fali uczuć. Wiedział, że Patric ma cholerną rację, nie ważne jak bardzo sam Potter chciał to ukryć przed samym sobą. Zachowanie Raina, jego szepty i bliskość przechyliły szalę. Przekrecił się tak, że to teraz on był na górze i przywarł do Patrica całym ciałem, całując go zachłannie. Nie bawił się w delikatne gierki. Ich języki od razu stopiły się w  namiętnych tańcu, a ciała zaczęły subtelnie ocierać o siebie. Chłopcy wzdychali cicho dając upust powstrzymywanej namiętności. Ręce Pottera sunęły pod koszulkę Patricka, by po chwili ściągnąć ją z niego. Całowali się długo i z pasją. Harry wiedział czego chce od wampira i postanowił to zabrać.

Nagle mały zegarek na szafce nocnej zaczął głośno piszczeć. Chłopcy starali sią go ignorować, że dźwięk zbytnio ich drażnił by mogli to zrobić.

- Kurwa! – poderwał się Potter, łapiąc budzik i rzucają nim o ścianę. Patty zasmiał się lekko i ponownie chciał przyciągnąć do siebie zielonookiego, gdy obok łóżka pojawił Gałgan.

- Śniadanie za pół godziny mój panie. – oznajmił. – Przygotować ubranie na dziś? Przypominam, że przygotowana jest wyprawa na ulice Pokątną i Nokturn w celu zakupienia niezbędników do edukacji w Bunkrze. Mój panie?

Harrry w tym czasie siedział z głową wciśnieta w brzuch Particka i łkał cicho ze złości. Rain zaś z całej siły powstrzymywał się od wybuchnęcia śmiechem.

- Idź sobie, Gałganie. – wychrypiał.

- A ubranie? – dopytywało się stworzenie.

Rain nie wytrzymał i zarechotał.

- Sam sobie poradze! – krzyknął Harry. – Spadaj!

- Oczywiście mój panie. – skrzat ukłonił się i zniknął.

Potter przewrócił się na plecy, próbując się uspokoić po tej irracjonalnej sytuacji. Było tak cholernie blisko, a teraz cały nastrój szlag trafił. Patric naprawdę mu nie pomagał pokładając się ze śmiechu tuż obok.

- I z czego tak się cieszysz? – zapytał, kiedy drugi chłopak wydawał się uspokajać.

- Nie wydaje ci się to niesamowicie głupie? – zachichotał, cicho. Harry podciągnął się i oparł na łokciu zaraz obok głowy Patty’ ego. – To znaczy… no wiesz… – uśmiechnął się widząc lekko już zirytowane spojrzenie zielonookiego. – Ta sytuacja musiała cię śmieszyc, no!

- Może trochę… – Harry uniósł lekko jeden kącik ust. – Ale to nie zmienia tego co zaszło.

- Wiem. – szarookoki spoważniał nagle. – Słuchaj, Harry… – odchrząknął lekko i zaczął jedną reką bawić się włosami na karku Pottera, któremu zaś nie spodobała się ta dziwna mina. – To co jest między nami wydaje się prowadzić w fajną stronę. Wiesz o czym mówię… Lubie cię, ale nie znamy się zbyt dobrze, wiesz o tym. Po za tym, ja jestem ostatnim potomkiem z prostej linii i będę kiedyś głową rodu. – spojrzał prosto w oczy Harry’ ego. – Podoba mi się to co jest między nami. Naprawdę chcę zostać twoim przyjacielem, jednak… Nie mogę sobie pozwolić na nic wiecej. Kiedy skończę nauke w Bunkrze i zajmę tam odpowiadnią pozycję znajdę żonę i poślubie ją, ponieważ nie mogę postapić inaczej. Rozumiesz mnie, prawda?

Harry nie patrzył już w te szare oczy tylko usiadł na łóżku i zgarbiony objął się ramionami. Wiedział, że Patrick oczekuje odpowiedzi, ale on trwał w ciszy. Musiał pomyśleć, nad tym co usłyszał.

Czy żywił do Patricka jakieś głębsze uczucia? Rain miał racje nie znali się długo, a to co spowodowało, że są w takiej sytuacji i takim miejscu to przede wszystkim pożądanie. Harry chciał tego pieknego ciała. Chciał je pieścić, dotykać i sprawiać mu przyjemność. Pragnął również by to ciało oddało mu się i podarowało mu rozkosz równą tej, którą on sam chciał dać. Ale czy potrzebował tego, by Patty był czymś więcej? Lubił go, ale nadal musiał pamiętać o swojej przyszłości. Teraz powinien skupic się na nauce. Tak – jego priotrytewtam powinno być zdobywanie nowych umiejętności, żeby w końcu zrobić to co musi zrobić, mimo, że w tej chwili wydaje się to tak odległe.

Westchnął ciężko i przeczesał reką włosy. Zgrabnie wstał z łóżka i ruszył w stronę drzwi łazienki.

- Harry? – usłyszał zdezorientowany głos za sobą.

- Zdaje mi się, że ja również nie potrzebuję niczego wiecej Patric. – powiedział cicho, łapiąc za klamkę. – Bądźmy przyjaciółmi, ale nie obiecujmy sobie żadnego związku.

- Tak będzie okej. – westchnął wyraźnie zadowolony brązowłosy.

- Całkiem możliwe… – szepnął do siebie Harry zamykając drzwi łazienki.

 

Reszta doby, przebiegła spokojnym schematem, wypracowanym przez ostatnie dni. Po siadaniu Harry czytał ksiązki o wszelkiego rodzaju magii w bibliotece razem z Arianą. Później spędzał czas z Edith i Patrickiem, spokojnie rozmawiając. Nie miał mu za złe jego słów. Były szczere, a Harry nade wszystko cenił szczerość. Trzeba też wziąć pod uwagę, że sam Potter nie chciał poważnie podchodzić do tej sprawy. Ostatnim czego teraz potrzebował była miłość.

Północne polowanie, dodało mu energii jak zawsze. Jednak około trzeciej nad ranem Grace wygnała wszystkich do łóżek z powodu wypadu na czarodziejskie ulice za dnia. Harry uważał to za dobry sprawdzian dla jego samokontroli. Dawno nie przebywal wśród ludzi, i może nauczy się jak należy się przy nich zachowywac obserwując starszych. Tak więc uważał to za bardzo interesujące doświadczenie, choc nie wykluczał, że same zakupy mogły nie być wybitnie porywające..

Kiedy jego skrzat obudził go około dziewiatej rano, wziął szybki prysznic, a gdy wyszedł z łazienki zobaczył przygotowany strój na dziś jak zwykle. Gałgan robił to chyba odruchowo, ponieważ Harry nigdy go o to nie poprosił. Chłopak jednak nie nażekał – wręcz przeciwnie. Cieszył się z takiej troski, nawet jeżeli była tylko częścią pracy tego stworzenia.

Zarzucił więc na siebie białą koszulę i czarne proste spodnie. Zauważył też piękny płaszcz, który ostatnio sobie sprawił przez magicze katalogi. Był długi do ziemi, w kolorze ciemnej zieleni. Wąskie rekawy zasłaniały połowę dłoni i miały piękne zdobienia ze srebrnej nici. Potter był dumny z tego nabytku, i pomimo, że to trochę narcystyczne, uważał, że wygląga w nim świetnie. Perfekcyjnie podkreślał, jego sylwetkę i kolor oczu.

Wyszedł ze swojego pokoju na naciemniny korytarz, zakładając czarne rękawiczki. Szybko ruszył w strone holu.

- Nareszcie jesteś. – warknęła jak zwykjle miła Joan. Stała w skurzanych czarnych spodniach i bogato dekorowanej granatowej marynarce. Harry zauważył, że nie ma w ręku szklanki weasky, co musiało oznaczać, że prawdopodobnie bała się o swoją równowagę na szpilkach jakie ubrała, albo o samokontrolę.

- Ale widzę, że nikogo innego jeszcze nie ma, więc nie spóźniłem się aż tak bardzo. – powiedział chłopak uśmiechjąc się uprzejmie, mimo złości jakąa go ogarnęła. Podziekował wszystkim bóstwom za to, że po przemianie poskromił swój temperament. Mina Joan po tym jak kolejny raz nie udało jej się go spowpowować była tego warta.

Niedługo potem zjawili się wszyscy oprócz Grace i Victorii, co nie zdziwiło młodego wampira. Wszyscy ubrani w eleganckie i ciemne stroje. Wygladało to tak jakby każdy chciał zaznaczyć, że jest inny od ludzi, lepszy.

- Chyba możemy ruszać. – mruknął Eric spoglądając na zegarek na nadgarstku. – Trzymamy się głównie Nokturnu, uważamy na Łowców i słonce. Jasne? – odpowiedziała mu cisza. – To ruszamy.

Harry przełknął niespokojnie śline na wzmiankę o Łowcach. Czytał o nich ostatnio. To ci ludzie byli wysyłani za istatomi, które atakowały ludzi. Czasem łapiali wampiry, wilkołaki i inne stworzenia tylko dla ekperymantów. Potter nigdy żadnego z nich nie widział, ale i tak nienawidził tej chorej ministerialnej broni.

Na Noktrurn przedostali się za pomocą sieci Fiuu. Wylądaowali w jakiejś obskurnej księgarni. kominet musiał zajdować się z tyłu sklepu, bo wszędzie gdzie by nie spojrzeć ciągnęły się regały zastawione ciężkimi księgami.  Od razu podzielili się na grupy. Eric został z Harrym, Edith poszła z matką, tak samo jak Patty.

Czarnowłosy przechadzał się miedzy regałami, czując woń starych książek i czarnej magii.

- Czego będę się uczyć w tym Bunkrze? – zapytał cicho. Rain stał kilka metrów dalej, ale Harry wiedzieł, że i tak go usłyszy.

- Odkryjesz w jakim kierunku będzie rozwijać się wtoja magia. Po jakimś czasie zostaniesz przydzielony do wyznaczonej grupy. – tłumaczył mężczyzna spokojnie. – Żywioły, destrukcja, uginanie woli pod twoje dyktando… Jest tego jeszcze trochę, ale dowiesz się więcej już na miejscu.

- Na miejscu? Czyli gdzie? – zainteresował się chłopak. Tyle już słyszał o tym wielkim i tajemniczym Bunkrze, ale nikt nawet nie wspomniał o tym, gdzie on może się znajdowac.

- A jak myslisz? – burknął Eric. – Pod ziemią.

- No tak… bunkier… - westchnął Harry śmiejąc się w myślach na tę prostotę nazewnictwa.

Przez większość część czasu spedzonego razem w księgarni milczeli. Eric przeglądał stare zapiski, których Harry bał się nawet dotknąć by się nie rozpadły. Wolał ksiegi batdziej trwałe. Z czasem w swoich poszukiwaniach zbliżał się do tego słodkiego i kuszącego zapachu, który unosił się po sklepie, przytłuminy wonią starych ksiąg.

Kiedy wyszedł zza jednego z ciężkich regałów, zauważył małą ladę między półkami książek. Siedziała tam młoda dziewczyna czytając książkę. Czarne włosy spięła w kok, a raczej monotonne spojrzenie czarnych oczy, przesuwało się zza prostokątnych okularów, po linijkach tekstu.

Spojrzała przelotnie w jego stronę, ale wampir nawet nie drgnął, zastanawiając się, czy rozpozna czym jest. Ona jednak nie zwróciła na niego zbyt wielkiej uwagi. Westchnęła tylko wyraźnie znudzona, przwracając kartkę w swojej książce.

- Wybrałeś sobie coś ciekawego? – Rain pojawił się znikąd, kładąc rękę na ramieniu Pottera. Sam trzymał kilka starych i wyniszczonych ksiąg.

- Nie. Wolę najpierw przejrzeć domowe zbiory.

-Może i lepiej. – uśmiechnął się Eric. – Ale będzimy ci musieli kupić jakąś broń, ty molu książkowy. Lekcje walki będą obowiązkowe.

- Yhy. – mruknął Harry. Podchodząc za mężczyzną do sprzedawczyni. – Czyli czeka nas długi dzień?

- Młody, nawet nie wiesz…

~*~*~*~

Dzisiaj przesunęłam moje biadolenie na koniec. Oto w bólach uradził sie kolejny rozdział opetanych. mam nadzieję, że nikt nie jest zły na to opóźnienie… ;***

Mnie on osobiście nie zadowala, ale chyba nie wykrzesam z siebie nic lepszego. Nidługo początek Buktrowych zajęć, nowa magia Harry’ ego… Będzie ciekawiej obiecuję. ;)

A teraz w ramach przeprosin za spóźnienie przedstawiam kilka artów.

Nie ogladam sie jakos specjalnie za tym parringiem, ale trzeba przyznać, że tu są słodcy ;)

Zapraszam do komentowania! :)

Harry Potter i Tajemnice Gwiazd – Rozdział II

Oto i kolejna część Tajemnic. 

Zapraszam do czytania i komentowania. ;*

~*~*~*~

Harry usiadł na swoim łóżku i podciągnął kolana pod brodę obejmując je ramionami. Od jakiegoś czasu była to jego ulubiona pozycja. Znów obdarzył nieprzeciętnym zainteresowaniem przeciwległą ścianę. Stało się to jego sposobem na odcięcie się od świata zewnętrznego i od wszystkich bolesnych wspomnień chociaż na moment.

Chwilę później do pokoju weszli Ron i Hermiona, która zemknęła drzwi nogą. Oboje nieśli paczki urodzinowe Pottera.

- Stary, ja ci chcę tylko przypomnieć, że nie jestem twoja służbą. Powiedz mi, czy ja ci przypomninam skrzata domowego? – powiedział Ron wyrzucając prezenty na mała kupkę innych stojących obok łóżka, tak, że kilka z nich poturlało się po podłodze.

Hermiona odłożyła je nieco mniej obscenicznie i z niepokojem przyjrzała się przyjacielowi, który jednak nie zwracał na nich uwagi odkąd weszli. Usiadła obok niego na łóżku. Młody Weasley zrobił to samo z drugiej strony. Dziewczyna położył rękę na ramieniu Pottera.

- Harry, coś się stało?

Pokiwał smętnie głową.

- Można wiedzieć, co? – zirytował się po  dłuższej chwili milczenia Ron.

Hermiona rzuciła mu ostre, zirytowane spojrzenie.

- Ronaldzie, czy ja ci już kiedyś mówiłam, że jesteś równie delikatny jak wór cementu?

Harry westchnął ciężko i zanim przyjaciele zdążyli się pokłócić wstał spomiędzy nich i zaczął chodzić w te i powrotem między łóżkami.

- Chodzi o to, że za bardzo nie wiem jak wam to powiedzieć. Miałem dużo czasu na przemyślenia, ale  zamiast faktycznie myśleć nad tą głupia sytuacją, spędzałem go na użalaniu się nad sobą. Musiałem też zacząć palić, ale wybaczysz mi to Hermi, prawda? – Hermiona chciała mu przeszkodzić, ale już się rozkręcił w swoim monologu. – Dobrze, że skończyłem ostatnią paczkę przed tym jak po mnie przyjechali. Remus i pani Weasley byliby już pewnie oskarżeni o morderstwo. I czy ktoś mi może wytłumaczyć czemu to zawsze muszę być ja? I jeszcze po tym wszystkim, co się stało, ten Stary Precel kazał mi wracać , chociaż błagałem go, żeby mnie nie odsyłał. Wiedział w jakim byłem stanie, z resztą nadal jestem… Ron radze ci znaleźć sobie jakieś zatyczki do uszu na noc.Ale mniejsza z tym. Musze wam powiedzieć coś co chyba obróci wasze życie do góry nogami. Moje już przewróciło i skopało w przepaść, a  teraz spada coraz głębiej na dno, a teraz skupcie się bo nie będę dwa razy powtarzał. To ponad moje siły. – Stanął przed nimi, zamknął oczy i zaczął recytować przepowiednie, którą zapamiętał dokładnie odkąd po raz pierwszy ją usłyszał. – Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana. Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca. A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie on miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna. I jeden musi zginąć  z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje. – Wciąż z zamkniętymi oczami usiadł na łóżko Rona i ukrył twarz w dłoniach. – Rozumiecie? Muszę zostać mordercą, bo nie pozwolę, żeby on skrzywdził którekolwiek z was. – wyszeptał zachrypniętym głosem. Oddychał powoli i głęboko. Nie mógł się teraz rozkleić. Nie przy nich… – A ja wiem, że mi się nie uda. – „Chrzanić gryfońską dumę” – pomyślał. – Jestem za słaby… – wychrypiał i jego ramionami wstrząsnął niemy szloch, pełen bólu i rozpaczy, jaką skrywał w sobie od czasów wyprawy do Ministerstwa. Po policzkach spłynęły pierwsze łzy. Poczuł jak Hermiona przytula go mocno, jakby chcąc uratować przed zatonięciem w jego własnych łzach, siadając obok i głaszcząc uspokajająco po głowie.

- Ciii… Harry jesteśmy z tobą… Zawsze możesz na nas liczyć… – szeptała cicho spokojnie.

Wtulił twarz w jej szyję i objął ją w pasie. Załkał rozpaczliwie, mocząc odrobinę jej koszulę.

- Luz. Stary na nas zawsze możesz liczyć. My cię nigdy nie zostawimy. Jak chcesz to możemy popłakać razem. – Ron głaskał swojego przyjaciela uspokajająco po plecach, kładąc mu dłoń na kolanie. – Ja na przykład spotkałem dzisiaj rano pająka w kiblu. Myślałem, że umrę ze strachu.

- Ron! – syknęła Hermiona.

- Ale to był gigant prawie ugryzł mnie w… – urwał gwałtownie, a Harry powoli usiadł prosto i zobaczył, że jego przyjaciel się czerwieni.

Zaśmiał się cicho i po chwili trzymał swoich przyjaciół w uścisku godnym pani Weasley.

- Dziękuję…

Niedługo po tym usiedli na dywanie między łóżkami i zaczęli rozmawiać.

- Zabili moich dziadków. – powiedziała panna Granger.

- Śmierciożercy? – zapytał Ron.

- Aha. – pociągnęła nosem i wytarła łzy, które pojawiły się w jej oczach nie wiadomo kiedy. – Byłam z nimi bardzo związana. Dowiedziałam się o tym na początku wakacji.

-Czemu nie powiedziałaś mi tego wcześniej? – oburzył się Ron i przytulił przyjaciółkę czule, ale ona i tak się wyrwała.

- Miałeś własne problemy.

- Jakie? – zaciekawił się Harry.

- Ciotka Murilel zmarła na smoczą grypę. Była tak stara, że nie wytrzymała.

- Och. Słu…

- Nie spoko… – jego przyjaciel zarumienił się. – Ja jej nawet nie lubiłem, to straszna jędza była. A znać to też nie znałem jej za dobrze. Nie ma się czym przejmować. – uśmiechnął się pogodnie ale nagle zmarszczył brwi. – Co to znaczy, że paliłeś?

- No właśnie… Też jestem tego ciekawa. – dziewczyna zrobiła zaciętą minę i spiorunowała wzrokiem zawstydzonego chłopaka.

- No… Bo ten…

- Słucham cię uważnie młody człowieku. – założyła ręce na piersi.

- Ukradłem… – wyszeptał

- Co?…. – przyłożyła dłoń do ucha i pochyliła się w jego stronę.

- Ukradłem jedną paczkę Dudleyowi z pokoju. – zmierzwił sobie włosy.

- Słucham? – wysyczała Hermiona.

- Ale ja przysięgam, że się nie uzależniłem! To mnie tylko uspokaja1 – czarnowłosy podniósł rece w obronnym geście.

- Ale ja ciągle nie wiem co to znaczy! – wykrzyknął zły Ron.

Harry westchnął ciężko i sięgnął po spodnie które leżały na łóżku. Z kieszeni wyjął jednego papierosa i zapalniczkę. Włożył go do ust i podpalił. Schował zapalniczkę do szafki nocnej.

- Patrz uważnie Ron. – powiedział i zaciągnął się do samego końca.

- Nie no, ja nie wierze… – wyszeptała Hermiona w totalnym szoku wpatrując się w Pottera.

W odpowiedzi  Harry chuchnął jej dymem w twarz. Zaczęła się krztusić i machać rękoma, żeby odgonić dym.

- Ty diable! – pisnęła.

- Aha… – jej rudy przyjaciel wyglądał raczej na zafascynowanego. – Mogę spróbować?

- Ronaldzie Weasley! – krzyknęła dziewczyna.

- Jasne. – odpowiedział nonszalancko Harry. – Żeby się zaciągnąć po prostu oddychaj dymem. Potrzymaj go przez chwilę w płucach, a potem wypuść całą parą.

- Harry Potterze! – odgłos niedowierzania wydobył się z ust dziewczyny, ale chłopcy nie zwracali na nią uwagi.

Ron wciągnął głęboko dym, a po chwili jego oczy wyglądały jakby miał wylecieć z orbit. Zaczął się krztusić i kasłać.

- Co za cholerstwo. – wychrypiał, kiedy już mógł oddychać. – Jak ty to wytrzymujesz?

- Jakoś mi idzie. Teraz ty.- wyciągnął rękę z wciąż żarzącym się papierosem  do Hermiony.

- Ty chyba żartujesz. – wycedziła z oburzeniem, zakładając ramiona na piersi.

- No dalej. – Potter uśmiechnął się szatańsko. – Pokarz copotrafisz. – Dziewczyna zacisnęła usta. – No chyba, że się boisz. Nie, to nie.

- Dawaj to. Ale zdajesz sobie sprawę, że to była paskudna manipulacja? – chwyciła papierosa i zaciągnęła się delikatnie. Wypuściła dym po chwili i uśmiechnęła się delikatnie. –  I co? – Oddała papierosa Harry’emu , który z tryumfem na twarzy dopalał powoli papierosa, opierając się o łóżko. –

- Idealistka, od siedmiu boleści. – Prychnął Ron i założył z oburzeniem ręce na piersi. Hermiona zachichotała wesoło.

- Zawsze chciałam spróbować. – westchnęła z rozmarzeniem i wszyscy zaczęli się śmiać.

Nagle rozległy się dwa trzaski i w pokoju pojawili się Fred i George Weasley’owie.

- No proszę, proszę…

- Kogo my tu mamy…

- Raczej z czym my tu kogo mamy…

- Racja bracie, święta racja.

- Czyżby Złoty Chłopczyk preferował używki?

- Aha… – potaknął Harry i zaciągnął się po raz ostatni. – Jak posprzątacie po nas to przywiozę wam  dwie paczki. Mam wtyki. – uśmiechnął się perfidnie.

- Ciekawa propozycja.

- Bardzo ciekawa.

-Ja przystaje.

-Ja też.

Machnęli różdżkami i cały popiół z dywanu, pet oraz zapach zniknęły.

- Tylko pamiętaj Harry Potterze, my trzymamy za słowo. – powiedzieli złowrogim tonem i deportowali się. Po chwili jednak wrócił Fred. – I mama idzie na kontrolę. – i znikł.

Ron spojrzał na zegar z kukułką na ścianie. Wskazywał 23.35.

-Dobranoc chłopcy. – Powiedziała Hermiona i zniknęła za drzwiami.

Niedługo po tym słychać był skrzypienie butów pani Weasley na schodach.

-Do łóżek. – syknął Harry i w nanosekundzie znaleźli się pod pierzynami okryci po uszy pierzyną, udając sen.

Młody Potter słyszał jak drzwi się otwierają i po kilku pełnych niepewności chwilach zamykają się z powrotem. Usłyszał także westchnienie ulgi Rona. Usiadł na łóżku.

- Idę się umyć. Śmierdzę jak gnój gumochłona.

- Harry, nie wyrażaj się. – odezwał się z łóżka Ron.

- Uważaj bo cię posłucham wiewióro! – odkrzyknął z łazienki.

Wziął gorący, rozluźniający prysznic. Nie wiedział jak długo tam stał. Ciepła woda spływała po jego ciele dając uczucie, którego tak bardzo teraz potrzebował. Pozwalał, żeby myśli w jego głowie pędziły swobodnie, przez ocean jego umysłu. Rozmyślał głownie o dzisiejszym dniu. O tym, że ma cudownych przyjaciół, na których może zawsze liczyć, o przyjęciu, które było jednym z najlepszych jakie dotąd przeżył. Nie ma zamawia prenumeraty Proroka, ale wiedział, że nic się nie stanie jego przyjaciołom w te wakacje. To było tak silne uczucie, lecz nie umiał go wytłumaczyć. Czyżby odezwała się w nim uśpiona przez tyle lat intuicja? Szczerze, nie miał pojęcia, ale nie przeszkadzało mu to.

- Utonąłeś tam, czy co?! – usłyszał głos Rona zza drzwi.

- Już wychodzę! – zakręcił kurek i wyszedł spod prysznica.

Umył jeszcze szybko zęby i w samych luźnych, szarych spodniach od dresu wyszedł łazienki.

- No nareszcie. Siedzisz tam dłużej niż Ginny rano. – Ron już wylegiwał się na łóżku w swojej piżamie w kratę. Coś parsknęło w kącie na fotelu.

- O! –ucieszył się Harry. – Hermiona. Wymknęłaś się.

Jego przyjaciółka siedziała na fotelu w krótkiej koszuli nocnej w misie i różowym szlafroku.

- Tak, Harry. – zrobiła poważną minę. – Musimy porozmawiać.

-No to wal. – zepchnął nogi Rona z jego łóżka i usiadł na nim.

- Chodzi o przepowiednie.

- Aha… No więc co w związku z tym?

- Mówi ona o tobie, prawda? – bardziej stwierdziła niż zapytała.

-Tak. – zmierzwił sobie włosy. – Ale mogła mówić o Nevilu. Niestety on wybrał mnie.

- Popularność to jednak zasrana sprawa. – stwierdził jego kumpel z drugiego końca  łóżka.

- Nooo… – przytaknął ziewając.

- Masz jakiś plan?

Pokręcił przecząco głową.

- Nie i nie zamierzam o tym myśleć w najbliższy czasie. Po prostu czułem, że czas wam powiedzieć.  Na razie muszę się uporać ze śmiercią… – wziął głęboki oddech. Wymawianie jego imienia nawet w myślach powodowało ogromny smutek i gorycz. Przez gardło mu to nie przejdzie. – Ale mi to zupełnie nie wychodzi. – odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Byłe znów nie zacząć płakać. – Sądzę, że dałbym rade sam ale te koszmary… Śni mi się, że… on nadal żyje i wychodzimy z tego razem, potem oczyszczają go zarzutów, adoptuje mnie i jesteśmy prawdziwą rodziną. Później się budzę i uświadamiam sobie, że jest zupełnie inaczej, że on nie żyje. A to moja wina… – znowu przegrał. Skulił się i zaczął płakać. Słone łzy spływały po jego twarzy ujawniając to, co nie chciało być już dłużej w ukryciu. Hermiona w ułamku sekundy była przy nim podniosła mu głowę, tak że zielone i brązowe oczy spotkały się.

- To-Nie-Twoja-Wina. – powiedziała stanowczo. – Syriusz był dorosłym facetem i dobrze wiedział w co się pakuje. W przeciwieństwie do ciebie. Bo to ty byłeś wtedy dzieckiem potrzebującym ciepła i wsparcia. I to ty miałeś na głowie tysiące ważnych spraw. Nie jesteś bogiem Harry. Jesteś tylko człowiekiem i Syriusz tez nim był,  ludzie popełniają błędy, bo taka jest nasza natura. Nic na to nie poradzimy.- jej słowa dźwięczały w jego głowie. Na twarzy pojawił się na chwile delikatny uśmiech, ale tylko na chwilę.

- Ale to boli. – wyszeptał, odwracając wzrok.

- Wiem, że boli. Więc będziemy tu siedzieć całą noc. Zostaniemy z tobą, a ty masz płakać, niszczyć wszystko i wyzywać nas, żeby ta złość i ból z ciebie uleciały.

Harry’emu spodobał się pomysł niszczenia i wyzywania, ale już nie miał na to siły. Skończyło się płaczem z głową na kolanach Hermiony i jej delikatnymi słowami pociechy, oraz głupawymi żarcikami Rona,  na dywanie między łóżkami. Tak właśnie spędzili czas, aż zasnęli ze zmęczenia tam, gdzie siedzieli.

Harry Potter i Tajemnice Gwiazd – Rozdział I

Cześć :)

Szaleje, co nie? – rozdział tydzień po poprzednim :P Wiem, wiem. Trochę zawaliłam ale miałam zwalony czas w szkole.

Umbro, mam wrażenie, że jesteś fanatyczką – ale nie martw się ja również. Tajemnice będą jednak takie jak wcześniej, czyli wątek hetero, ale może przewinie się coś yaoi w tle. Zastanowię się nad tym :)

Nie przedłużając,

Zapraszam co czytania i KOMENTOWANIA!!! (tak jestem odrobinę wkr*rwiona ilością opinii)

~*~*~*~

-Harry… – cichy szept przedzierał się do jego uśpionej świadomości. – Harry, pobudka.

W odpowiedzi przeturlał się na drugi bok i schował głowę pod poduszkę.

- Harry wstawaj! – nagłe zimno i powiew wiatru sprawił, że podkulił nogi i wyciągnął rękę w poszukiwaniu pierzyny. Niestety dłoń została brutalnie chwycona, a jej właściciel pociągnięty do pozycji siedzące. Przed nim majaczyła jakaś okropnie niewyraźna postać. Harry mógł dostrzec jedynie zamazane odcienie czerwieni.

- Umarłem? – wychrypiał. – I trafiłem do piekła?

- Nie idioto. – rozbawiony głos i chwilę później wszystko było cudownie ostre.

Rozejrzał się i stwierdził, że jest pokoju  jego i Rona w Kwaterze Głównej, a rudzielec siedział na swoim łóżku z wariackim uśmiechem.

- I kto tu jest idiotą. – mruknął Harry, mając na myśli infantylne zachowanie przyjaciela i zaczął podnosić z ziemi pierzynę. – Jak ja się tu znalazłem?

- Lupin i Tonks cię przynieśli wczoraj wieczorem.

Potter spojrzał na przyjaciela pytająco, z powrotem nakrywając się pościelą.

- Bo spałeś jak przyszli, a Fred i George omal się nie zapowietrzyli ze śmiechu, kiedy zobaczyli ciebie w ramionach profesora. Wyglądałeś tak słodko przytulony do Remusa. Myślałem, że Fleur zaraz zemdleje ze wzruszenia. – przyłożył teatralnie rękę do czoła i westchnął głęboko za co dostał poduszką po twarzy. Spowodowało to tylko, że Weasley padł na łóżko i zaczął cytować piskliwym głosem. – Och, oni jest taaaki slodki kiedy śpi. Oooooch.

Oboje zaczęli śmiać się jak szaleńcy.

Harry pomyślał, że może w cale nie będzie tak źle przebywać w Kwaterze. Mimo bez zwątpienia bolesnych wspomnień związanych z tym miejscem, to znajdowali się tu teraz najlepsi ludzie, jakich kiedykolwiek poznał.

- Dobra. – Ron otarł łzy śmiechu z powrotem siadając. – Ubierz się i chodź na kolację.

- Kolacje?

- No. Spałeś cały dzień. – podszedł do drzwi mrucząc coś w stylu ,, A to na mnie mówią śpioch…’’ – Tylko szybko. – rzucił jeszcze i zamknął drzwi z cichym trzaskiem.

Harry wyskoczył z łóżka i ubrał stare trampki, czarne bojówki i tego samego koloru podkoszulek oraz  fioletową flanelową koszulę której nie zapiął.

Za nim wyszedł ogarnął jeszcze spojrzeniem cały pokuj, i wiedząc, że zaraz będzie zmuszony zmierzyć się z natłokiem swojej własnej pamięci. Wziął głęboki oddech i wyszedł z pokoju. Z rękami w kieszeniach zbiegł na dół do kuchni. Starał się mieć spojrzenie cały czas wbite w podłogę, że by nie oglądać tych cholernych ponurych ścian.

- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO HARRY!!!

Krzyknął przestraszony i złapał się za serce oddychając ciężko.

- NIGDY więcej tego nie róbcie. – powiedział, a potem uśmiechnął się szeroko. Zupełnie zapomniał o swoich urodzinach. Widok wszystkich uśmiechniętych i pełnych radości na jego widok bardzo poprawił mu humor.

Pierwsza dobiegła do  niego Harmiona i rzuciła mu się na szyję, przytulając z całych sił.

- Harry wszystkiego najlepszego! – uśmiechnęła się szeroko. – Masz pozdrowienia od moich rodziców.

- Dzięki. – uśmiechnął się do niej przyjaźnie i pochylił się do niej. – Po tym całym rozgardiaszu zajrzyj do mnie i Rona. – wyszeptał jej go ucha, a potem ruszył w stronę pani i pana Weasley, ignorując podejrzliwe spojrzenie przyjaciółki.

- Harry, kochaneczku. –kobieta wzięła go w niedźwiedzi uścisk. Potem chwyciła go i zaczęła się przyglądać z odległości wyciągniętych ramion. – Ależ ty urosłeś i schudłeś. Czy oni cię tam w ogóle karmili? I jesteś taki blady… – puściła jego ramiona i poklepała po policzku.

– Wszystkiego najlepszego, Harry.- wtrącił się Artur, chcąc ratować Pottera od monologu swojej żony. Ograniczył się też do przyjacielskiego uścisku dłoni. – Denerwujesz się przed wynikami SUMów?

- Nie. – młody wzruszył ramionami. – Chociaż nie daje sobie zbyt wielu wybitnych… – uśmiechnął się delikatnie.

- Och, nie przesadzaj kochaneczku. Na pewno świetnie ci poszło. – mama Rona uśmiechnęła się przyjaźnie i odeszła razem z mężem widząc, iż nadchodzą kolejni chcący złożyć Harry’emu życzenia.

Przyjął życzenia od Billa, Charliego, Lupina i Tonks. Dwoje ostatnich wyglądali na lekko zmartwionych, ale mimo wszystko szczęśliwych. Chłopak dowiedział się od Ginny, która dopchała się do niego jako następna, że wykonywali razem ważną misje dla Zakonu na początku wakacji. Wyjechali na dwa tygodnie i od tego czasu są nierozłączni. Wszyscy podejrzewają, że są para ale jak na razie dobrze się ukrywają, ze swoimi uczuciami. Harry spojrzał uważnie na Lupina i Tonks rozmawiających po cichu w kącie. Faktycznie nic nie wskazywało na to, że czymś więcej niż przyjaciółmi, ale chłopak czuł, że to się niedługo zmieni. Potem podszedł do niego Moody. Sztywno złożył mu życzenia i odszedł stukając drewnianą nogą. Następny był Kingsley z którym chyba rozmawiał najdłużej.

- Cześć śpiąca królewno! – zawołali razem Fred i George.

-Jak się spało? – Fred uśmiechnął się szyderczo.

- Och, baaaardzo dobrze. George jak tam u Angeliny? – Weasley spalił buraka, a Potter ze wzmożonym uczuciem samozadowolenia usiadł między Ronem i Hermioną przy stole.

Może to się wydać dziwne ale dopiero teraz zobaczył górę prezentów, stojącą na stole.

- Od kogo to wszystko? – mruknął patrząc na podarunki lekko zdziwiony.

- Od wielbicieli. – fuknął Ron. – Od nas są już na górze.

Brwi młodego Pottera powędrowały wybitnie wysoko.

- Ja mam wielbicieli?

- To od ludzi, którzy chcą cię przeprosić z oszczerstwa z zeszłego roku. – powiedziała Hermiona spokojnie. – Moim zdaniem należy ci się to.

- TORT!!! – wrzasnęli bliźniacy. A pani Weasley rzeczywiście lewitowała przed sobą wielki tort z rysunkiem gryfa. Na torcie było 16 świeczek.

- A teraz pomyśl życzenie Harry. – uśmiechnęła się kobieta.

Harry zamknął oczy: ,,Chcę odnaleźć w sobie moc zdolną pokonać Voldemorta i jego popleczników.’’

Dmuchnął i wszystkie świeczki zgasły jednocześnie. Wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować. Młody Potter uśmiechnął się. Bardzo pragnął, aby to życzenie się spełniło.

Po zjedzeniu ciasta pani Weasley wygoniła wszystkich młodych uczestników imprezy do łóżka.

Harry’ego coś ścisnęło w brzuchu. Teraz już nie ma odwrotu. Musi powiedzieć swoim przyjaciołom  o przepowiedni…

 

 

Harry Potter i Tajemnice Gwiazd – Prolog

Hej.

Wiem, wiem… To była kolejna zbyt długa przerwa, ale mam nadzieje, że zostanie mi wybaczona. Mam okropnie dużo nauki – to cud, że znalazłam czas by wykończyć notkę na dziś.

Zapraszam do czytania i komentowania.

 

~*~*~*~

Harry Potter z cichym pomrukiem, na ustach, który miał być chyba bluźnierstwem wstał ze swojego wysłużonego łóżka. Podszedł powoli do jedynego okna w swoim małym pokoiku. Nad Privet Drive właśnie wstawało słońce – piękny moment, nawet jak na tak zepsutą okolicę. Chłopak drżącą ręką przeczesał swoje niesforne czarne włosy.

Spojrzał na zaryglowane drzwi swojej klitki. Zrezygnowany kopnął krzesło i z powrotem położył się w pościeli, lekko już stęchłej. Zielone melancholijne spojrzenie utkwił w suficie.

Wciąż był roztrzęsiony po serii koszmarów z których nie mógł się wyrwać dzisiejszej nocy. Trzymały go mocno i nieprzerwanie. Harry więc obudził się bardziej zmęczony niż wtedy gdy kładł się spać. Przyzwyczaił się jednak do tego stanu. Złe mary senne były nieodłączna częścią jego jestestwa od śmierci Syriusza. Miał ogromną nadzieje, że kiedyś w przyszłości zbuduje z nim rodzinę.  Chciał spotykać się na nudnych niedzielnych obiadach i pić razem w Dziurawym Kotle. Ale przez bezmyślność, Harry’ ego i jego brak odpowiedzialności chrzestny teraz nie żyje. To była jego cholerna wina. Gdyby posłuchał Hermiony, gdyby nie był taki porywczy, gdyby… gdyby… gdyby…

Chłopak załkał gorzko przekręcając się na bok i zwijając w kłębek.

Trwał w takim stanie – oderwania od rzeczywistości na rzecz świata żałoby – do czasu gdy ciotka wsunęła mu w klapce w drzwiach talerz z kawałkiem sera i czerstwą bułką oraz kubek z zimną wodą.

Traktowali go tak odkąd prawie pobił Dudleya. Młody Dursley po prostu wystawił duży palec u nogi za granicę której Harry postanowił, że nikt więcej nie przekroczy. Zaczął bowiem obrażać jego rodzinę. Teraz był więźniem w swoim własnym „domu”.

Zamknięty w swoich myślach z koszmarami pełnymi strachu i cierpienia. Ze świadomością, że albo zostanie mordercą albo sam umrze. Harry czuł że tan mały pokoik powoli wywołuje u niego klaustrofobię.

Nic nie mógł zrobić oprócz czekania, na to aż go stąd zabiorą.

Nawet nie zauważył kiedy zapadł w kolejny niespokojny sen.

 

Około południa, gdy Harry o dziwo spał już dosyć mocno odezwał się odgłos otwieranych zamków. Po chwili drzwi stanęły otworem, a w nich pojawili się Remus i Tonks.

- No, no, no… – mruknęła dziewczyna w różowych włosach. – Ale syf… – pomachała drobną dłonią przed twarzą by odgonić smród sprzed nosa. Weszła do pokoju co poskutkowało przewróceniem kubka z wodą.

- Co to jest? – zapytał zdenerwowany Remus i już obracał się w stronę ciotki Harry’ ego, ale jej dziwnym trafem za nim nie było.

Mężczyzna przeniósł wzrok na chudego chłopaka zwiniętego w kłębek na łóżku. Miał nienaturalnie bladą twarz i ciemne cienie pod oczyma. Mimo wszystko w tej chwili oddychał spokojnie i głęboko. Żal mu było go budzić, więc skinął na Tonks, a ta zaczęła cicho pakować rzeczy chłopca do szkolnego kufra. Sam podszedł do Harry’ ego i delikatnie wziął go na ręce. Chłopak był stanowczo zbyt lekki. Remus westchnął cicho i patrząc na tę spokojną, wymęczoną twarz, obiecał sobie, że nie powoli mu wrócić do tego domu już nigdy więcej.